Symulowanie orgazmu polega na świadomym odgrywaniu reakcji kojarzonych ze spełnieniem: głosu, oddechu, ruchów ciała, mimiki lub słów. Osoba, która to robi, nie przeżywa realnej rozkoszy prowadzącej do orgazmu, choć partner może odczytać sytuację inaczej.

Powody bywają zwyczajne i niezbyt filmowe. Ktoś chce oszczędzić partnerowi przykrości, boi się powiedzieć o bólu, nudzie albo zbyt szybkim tempie. Ktoś inny czuje presję, bo seks „powinien” skończyć się orgazmem, jak scena z internetu. Czasem dochodzi zmęczenie po pracy, stres, alkohol, leki albo brak takiej stymulacji, jakiej ciało naprawdę potrzebuje.

Jednorazowe udawanie nie przekreśla relacji, ale stały teatr utrudnia dobry seks. Partner dostaje fałszywą informację zwrotną i powtarza schemat, który nie działa. Osoba symulująca może coraz częściej traktować bliskość jak zadanie do odhaczenia, trochę jak odbiór paczki w paczkomacie: szybko, sprawnie, bez rozmowy.

Zdrowszy kierunek to mówienie o przyjemności, granicach, tempie, lubrykantach, przerwach i tym, co naprawdę pomaga. Orgazm nie musi być metą każdego seksu. Zgoda, możliwość odmowy i szczera reakcja w trakcie dają parze więcej niż najlepiej zagrany finał.